czwartek, 29 listopada 2012
Fajna atmosfera
Było to słychać. U mechanika cicho, rozmowy szeptem, skupienie, profesjonalizm. Tylko co jest skutkiem, a co przyczyną?
środa, 28 listopada 2012
Kosmita
-- [...] i wtedy na Marsie.
-- Byłeś na Marsie? To jesteś kosmonautą? A gdzie jeszcze byłeś?
-- Na Wenusie, Księżycu, na Jowiszu i pod Jowiszem.
-- A kiedy tam byłeś?
-- W przyszłym roku.
-- Chyba ubiegłym.
-- Nie. W przyszłym.
-- A! To dlatego czasem zachowujesz się jak kosmita!
-- No, bo ja ich chciałem nauczyć, by się zachowywali jak ludzie, a oni mnie nauczyli, żebym się zachowywał tak jak oni -- kosmici.
-- Kiedy cię tego nauczyli?
-- Dziesięć lat temu.
-- A ile teraz masz lat?
-- Pięć.
-- Byłeś na Marsie? To jesteś kosmonautą? A gdzie jeszcze byłeś?
-- Na Wenusie, Księżycu, na Jowiszu i pod Jowiszem.
-- A kiedy tam byłeś?
-- W przyszłym roku.
-- Chyba ubiegłym.
-- Nie. W przyszłym.
-- A! To dlatego czasem zachowujesz się jak kosmita!
-- No, bo ja ich chciałem nauczyć, by się zachowywali jak ludzie, a oni mnie nauczyli, żebym się zachowywał tak jak oni -- kosmici.
-- Kiedy cię tego nauczyli?
-- Dziesięć lat temu.
-- A ile teraz masz lat?
-- Pięć.
sobota, 17 listopada 2012
Kozłowska
-- Czy wie pan, gdzie jest ulica Kozłowska?
-- Nie wiem... ale zaraz sprawdzę... -- nieco po siódmej rano, na ulicach pustawo, więc szukam przez GPS, bo nikt inny pytającemu nie odpowie... -- Zaraz! Ja nią codziennie chodzę do pracy! Wie pan, dwa skrzyżowania w tamtą stronę, pierwsze jest to ze światłami, a potem na trzecim uważać, bo będzie po prawej...
-- Nie wiem... ale zaraz sprawdzę... -- nieco po siódmej rano, na ulicach pustawo, więc szukam przez GPS, bo nikt inny pytającemu nie odpowie... -- Zaraz! Ja nią codziennie chodzę do pracy! Wie pan, dwa skrzyżowania w tamtą stronę, pierwsze jest to ze światłami, a potem na trzecim uważać, bo będzie po prawej...
sobota, 3 listopada 2012
Lato
Przy mijanej 'kawiarni' (obraziliby się, oni są Kafo, ale kto nie znając ich wie, co to?) wrócił napis:
-- Lato, wróć!
Zaraz... chodzi im o porę roku, czy PZPN?
-- Lato, wróć!
Zaraz... chodzi im o porę roku, czy PZPN?
poniedziałek, 15 października 2012
Leń, a praca się dopiero zaczyna
Idę ja sobie do pracy, poniedziałek, ledwo weekend minął, nawet ostańce Jury ostały się w pamięci. Idę ja sobie, już progi przybytku pracowitości widzą oczy me, gdy wzrok przykuwa coś, co na nich spoczywa...
Mysikrólik.
Szukam pospiesznie aparatu, bo mysikróliki pamiętam, jako ptaszki ruchliwe i taka okazja, że z bliska, że śliczny, to nie taka częsta jest. Szukam nerwowo i bezskutecznie, a czasu mało bo pani, która pracuje dwa piętra wyżej już tu zmierza i zaraz go spłoszy. Szybko sięgam po komórkę...
A on nic.
Siedzi.
Podchodzę bliżej, jeszcze bliżej.
Siedzi.
Nie żyje -- myślę sobie. Ale nie -- mruga do mnie*.
Nie mogę dłużej nad nim medytować. Wchodzę do pracy. Ale tu jeszcze raz sprawdzam zawartość plecaka i już z aparatem wracam, a nuż...
Tak. Siedzi.
Fotografuję, ale zaczynam się o ptaszka niepokoić. Koty tędy chodzą i inni mordercy. A on jakiś nie dość strachliwy.
Chory? W depresję popadł? Pani mysikrólikowa ducha swego mysikróliczego oddała i ostał się sam?
Ale przecież nie mogę nad ptaszkiem tak medytować. Może ktoś inny przyjdzie, przygarnie, nakarmi i utuli? Wracam więc do budynku, i już, już rozgaszczam się w pracy, gdy rzuca mi się w kąt oka, że portierka wychodzi na dymka. Hyc, za nią, a nuż...
Tak. Siedzi.
-- Zerkam, bo tu był mysikrólik i jest.
-- Biedne pisklę... -- mówi pani portierka, wypuszczając dymka i zmuszają mysikrólika do odwrócenia swej główki w końcu.
-- To mysikrólik -- tłumaczę -- najmniejszy ptak w Polsce. Ale coś mało się rusza.
-- Coś mu może się stać.
Wyciągam teczkę z plecaka, a potem próbuję go nakłonić by na to wszedł. Choć moje ręce już niemal go sięgają, on nadal bez zmian. Mruga tylko i tyle. W końcu go popycham. Daje się spychać, nawet nóżkami nie ruszając, ale przed teczką się trochę broni. Jednak jakoś się wdostaje. Podnoszę go wyżej, by położyć go na daszku, od kotów wolnym. Teczka jednak w powietrzu już jest, śliska trochę -- łapie równowagę otwierając skrzydełka. I wtem... fru! Tyle go widzieliśmy.
-- Leń śmierdzący! -- podsumowuje pani portierka, puszczając dymka.
---
*) Dzień wcześniej fotografowałem obraz NMP w przydrożnym sanktuarium. Aparat napisał do mnie na ekranie "Wykryto mruganie". Muszę zerknąć na fotkę ;)
Mysikrólik.
Szukam pospiesznie aparatu, bo mysikróliki pamiętam, jako ptaszki ruchliwe i taka okazja, że z bliska, że śliczny, to nie taka częsta jest. Szukam nerwowo i bezskutecznie, a czasu mało bo pani, która pracuje dwa piętra wyżej już tu zmierza i zaraz go spłoszy. Szybko sięgam po komórkę...
A on nic.
Siedzi.
Podchodzę bliżej, jeszcze bliżej.
Siedzi.
Nie żyje -- myślę sobie. Ale nie -- mruga do mnie*.
Nie mogę dłużej nad nim medytować. Wchodzę do pracy. Ale tu jeszcze raz sprawdzam zawartość plecaka i już z aparatem wracam, a nuż...
Tak. Siedzi.
Fotografuję, ale zaczynam się o ptaszka niepokoić. Koty tędy chodzą i inni mordercy. A on jakiś nie dość strachliwy.
Chory? W depresję popadł? Pani mysikrólikowa ducha swego mysikróliczego oddała i ostał się sam?
Ale przecież nie mogę nad ptaszkiem tak medytować. Może ktoś inny przyjdzie, przygarnie, nakarmi i utuli? Wracam więc do budynku, i już, już rozgaszczam się w pracy, gdy rzuca mi się w kąt oka, że portierka wychodzi na dymka. Hyc, za nią, a nuż...
Tak. Siedzi.
-- Zerkam, bo tu był mysikrólik i jest.
-- Biedne pisklę... -- mówi pani portierka, wypuszczając dymka i zmuszają mysikrólika do odwrócenia swej główki w końcu.
-- To mysikrólik -- tłumaczę -- najmniejszy ptak w Polsce. Ale coś mało się rusza.
-- Coś mu może się stać.
Wyciągam teczkę z plecaka, a potem próbuję go nakłonić by na to wszedł. Choć moje ręce już niemal go sięgają, on nadal bez zmian. Mruga tylko i tyle. W końcu go popycham. Daje się spychać, nawet nóżkami nie ruszając, ale przed teczką się trochę broni. Jednak jakoś się wdostaje. Podnoszę go wyżej, by położyć go na daszku, od kotów wolnym. Teczka jednak w powietrzu już jest, śliska trochę -- łapie równowagę otwierając skrzydełka. I wtem... fru! Tyle go widzieliśmy.
-- Leń śmierdzący! -- podsumowuje pani portierka, puszczając dymka.
---
*) Dzień wcześniej fotografowałem obraz NMP w przydrożnym sanktuarium. Aparat napisał do mnie na ekranie "Wykryto mruganie". Muszę zerknąć na fotkę ;)
sobota, 13 października 2012
Zwrotność
Oficjalnie jest to:
„Niech wszyscy, którzy nazywają się Twoimi dziećmi, poznając Pismo święte, do syta nakarmią się jego treścią, pogłębią swoją wiarę i zrozumieją, że bez znajomości Twoich wersetów, nieśmiertelnych, zbawiennych i wyzwalających, każde zycie jest uschniętym figowcem, a śmierć bezowocna”
i tak 'dobrze', ale mój ksiądz był jeszcze lepszy i powiedział:
do syta nakarmiają się...
i tak 'dobrze', ale mój ksiądz był jeszcze lepszy i powiedział:
do syta nakarmiają się...
Czułe słówka
Idziemy sobie przez park. Park Narodowy. Bliska zagranica. I oto, nagle, ukazuje nam się wydrapane serduszko na drzewie, a w środku "Kocham cię Dziubdziusiu!". Co z miejsca budzi sprzeciw Towarzyszki Spaceru:
-- Dziubdziusiu? Ależ ludzie są powtarzalni i bez wyobraźni... Co za kicz!
-- Hm... może byśmy tak założyli agencję? Za pieniądze byśmy wymyślali określenia dla zakochanych par, by były oryginalne i nie powtarzały się?
-- O! Mam już nazwę Agencja "Czułe Słówka"!
-- Dziubdziusiu? Ależ ludzie są powtarzalni i bez wyobraźni... Co za kicz!
-- Hm... może byśmy tak założyli agencję? Za pieniądze byśmy wymyślali określenia dla zakochanych par, by były oryginalne i nie powtarzały się?
-- O! Mam już nazwę Agencja "Czułe Słówka"!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

